środa, 13 września 2017

Zaczynam studia w Turcji!

turkey university


Dzisiaj przychodzę do was z nowiną: dostałam się na studia w Turcji! Być może część z was już o tym wie, bo obserwuje moje media społecznościowe (jeżeli tego nie robisz, to jak najbardziej zachęcam!). W każdym razie jestem ogromnie szczęśliwa i podekscytowana, bo znowu będę studentką! Dzisiaj z okazji mojego pierwszego dnia na uczelni postanowiłam napisać co nieco o tym dlaczego zdecydowałam się na ponowne studia.


Nigdy nie przypuszczałam, że w wieku 25 lat ponownie wybiorę się na studia, które bardzo różnią się od moich pierwszych. Życie jednak pisze swoje scenariusze. Będąc w klasie maturalnej nawet mi przez myśl nie przeszło, że będę mieszkać w Turcji. Toteż kierunek studiów wybierałam kierując się głównie moimi zainteresowaniami i możliwościami pracy w Polsce. Wszystko się jednak zmieniło i dopadła mnie szara rzeczywistość dorosłości. Dopadła? - spytacie. Owszem, dopadła. Oj głupiutka i naiwna gąska ze mnie była. Przypuszczałam, że w takim kraju jak Turcja specjalistów od bezpieczeństwa narodowego potrzeba, tym bardziej, że takiego kierunku tutaj szukać na próżno. Niestety turecki rynek pracy jest bezlitosny (jeżeli myślicie, że polski jest straszny, to wierzcie mi, tu jest gorzej). Tak więc moje wykształcenie wygląda tylko ładnie na papierze, wzbudza ochy, zainteresowanie i na tym jego rola się kończy. W praktyce jest zupełnie nieprzydatne. Dlatego właśnie mnie, wielką marzycielkę i optymistkę dopadła dopiero, tu w Turcji, szara rzeczywistość. Mimo mojego usilnego tupania nóżką, sprowadzono mnie na ziemie, polano kubłem zimnej wody i oprzytomniałam.

Czemu więc się nie wyprowadzicie do innego kraju? - spytacie. Otóż jest nam tu, w tej Turcji, w tym Mersin całkiem dobrze. Całkiem dobrą pracę ma też Goko. Takiej pracy jak ta nie dostanie on nigdzie indziej. Zresztą kto da mi gwarancje, że ja gdziekolwiek indziej znajdę pracę? Takiej gwarancji nie mam. Tak więc zgonie z przysłowiem: Nie przyszła góra do Mahometa, przyszedł Mahomet do góry, pozostało mi więc dokładnie przyjżeć się potrzebom rynku pracy w Turcji i się dostosować.

Miałam 3 opcje:
1. Szukać do skutku pracy w firmach prywatnych (minusy to godziny pracy, praca niekiedy w weekendy, duże ryzyko zwolnień itp).
2. Zadowolić się pracą nauczyciela angielskiego (oczywiście posiadając odpowiednie certyfikaty nauczycielskie).
3. Przekwalifikować się, czyli iść na studia.

Wybrałam bramkę numer 3, natomiast z bramki numer 2 zrobiłam sobie plan B (bardzo lubię tworzyć plany B, a nawet i C :D). Pozostała jednak kwestia wyboru kierunku i przyznam się, że było to nielada wyzwanie. Rozważałam wiele, bardzo różniących się od siebie kierunków. Dokładnie analizowałam za i przeciw. Tym razem wiedziałam, że decyzja jest nieodwracalna. To było zupełnie inne, o wiele bardziej przemyślane podejmowanie decyzji, niż kilka lat temu, kiedy żyłam sobie swoimi wyobrażeniami o dorosłości i karierze.

Turecki system edukacji różni się od polskiego, toteż sposób aplikacji jest zupełnie inny. Zresztą sposób ubiegania się o studia dla obcokrajowca w Turcji jest zupełnie inny od ubiegania się przez obywatela Turcji. Aplikowałam oczywiście na Mersin University, jako że  w tym mieście mieszkam. Podczas aplikacji mamy możliwość wyboru aż 20! różnych kierunków studiów. I tak w mojej pierwszej piątce znalazły się kierunki uznane przezemnie za interesujące i jednocześnie takie, po których ukończeniu nie powinnam mieć większego problemu ze znalezieniem pracy.
Daruje sobie pisanie wszystkich kierunków, które mnie interesowały. Napiszę tylko, że kierunek na jaki ja się dostałam, a z którym miałam jakieś prorocze przeczucie, to Germanistyka, ze specjalnością translatorską. Brzmi hardcorowo, wiem, ale sama świadomie podejmowałam tą decyzję. Zresztą język niemiecki jakoś zawsze był w moim życiu i chyba tylko ja tak uparcie próbowałam go porzucić (udało mi się na 5 lat). Wrócił jednak do mnie jak boomerang, więc to chyba musi być jakieś przeznaczenie. ;)

Z perspektywy czasu sama przed sobą muszę przyznać, że nigdy nie odważyłabym się na taki kierunek mieszkając w Polsce. Jakoś brakowało mi odwagi i wiary w swoje możliwości. Teraz jednak wiem, że dam radę. Może być ciężko, ba! Będzie na pewno, bo bycie tłumaczem to ciężka i trudna praca, a tym bardziej, gdy oba języki są językami obcymi. Moje życie potoczyło się tak a nie inaczej. Związek z Goko, a co za tym idzie, mieszkanie w Turcji wystawiało i jak widać, dalej wystawia mnie na ogromne próby. Z drugiej jednak pcha mnie do przodu, prowokuje do "skoku na głęboką wodę". Moja mama mówi: nic się nie dzieje bez przyczyny, i być może właśnie tak miało właśnie się stać, że skończę na Uniwersytecie w Mersin na germanistyce. Biorę co los mi dał i mam nadzieję, że tym razem była to dobra decyzja!

PS Przewiduję kolejne wpisy o podobnej tematyce. Muszę tylko trochę zasmakować życia studenckiego w Turcji z wewnątrz i na pewno podzielę się z wami moimi spostrzeżeniami. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz